Dlaczego potrzebujemy Alternatywnej Społeczności...
 Oceń wpis
   
... i jak ją zbudować? (cz.1)
                                                    Wstęp
Błędne jest ogólnie przyjęte w teorii polityki założenie, iż zmiany społeczne mogą zostać dokonane jedynie poprzez rewolucję albo reformy w ramach systemu demokracji parlamentarnej. Sposoby te różnią się w formie, ale ich głównym założeniem jest najczęściej potrzeba zdobycia władzy w celu dokonania większego przełomu, lub przynajmniej (w przypadku rewolucji) dokonania rozliczeń z obalonym systemem władzy - jego majątkiem, organizacją - chcąc nie chcąc, część z tego dorobku w końcu zostanie zaadaptowana przez wywrotowców. Dlatego też propozycją dla ruchów politycznych, które, mówiąc delikatnie, nie darzą wielką sympatią państwa i jego systemu opartego na przymusie, a także brzydzą się przemocą rewolucji i chcą uniknąć wchodzenia w struktury rządowe czy samorządowe, może okazać się budowa alternatywnej organizacji (bardziej lub mniej formalnej), opartej jedynie na dobrowolnych umowach, wypełniająca wiele funkcji dzisiejszego państwa i popularnych organizacji pozarządowych.

Taka inicjatywa może zrzeszać ludzi różnych profesji i o różnym statusie majątkowym - robotników, chłopów i mieszczaństwo. Nie może być żadnych ograniczeń, a jedynym kryterium powinna być chęć uniezależnienia się od państwa. Organizacja - kierowana samorządnie, oddolnie i bez narzucania swojej woli innym - powinna wychodzić naprzeciw potrzebom różnych grup ludności i prowadzić działalność na wielu płaszczyznach, stanowiąc federację jednostek i poszczególnych jej organów odpowiadających za każdą z jej działalności, z których część - jako moje propozycje - przedstawię poniżej.

Jeśli chodzi o formę finansowania woluntarystycznego związku - zwanego dalej Alternatywną Społecznością - i korzystania z jej pomocy, to mogłaby się ona odbywać dwojako. Osoba przystępująca do AS powinna złożyć oświadczenie dotyczące zakresu usług, które życzyłaby sobie otrzymywać od zrzeszenia. Nowy użytkownik mógłby wybrać między jedną lub kilkoma usługami, bez uzyskiwania przywilejów pełnego członkostwa w Społeczności, płacąc jedynie za to, co sam wybrał, albo wybrać całkowitą przynależność, ze wszystkimi prawami i obowiązkami uczestnika Alternatywnej Społeczności. Z płaceniem comiesięcznych niewygórowanych comiesięcznych składek włącznie.

Ci właśnie członkowie tworzyliby w swoim rejonie komórki organizacji. W pełni samorządne, zarządzanie opierające na demokracji bezpośredniej (a o ile będzie to możliwe, także na konsensusie), dające możliwość własnej inicjatywy. Jeśli tylko działacz AS zechciałby wprowadzić nową formę działania, ciekawy pomysł na np. akcję charytatywną albo, dajmy na to, sadzenia drzewek, mógłby przedstawić swoją propozycję na cyklicznym spotkaniu, na którym dokonywane są wszystkie decyzje dotyczące projektów i ich dofinansowania, a po uzyskaniu aprobaty tego gremium i uzyskaniu pomocy w postaci pieniędzy i pracy dołożyć wszelkich starań, aby swój pomysł doprowadzić do realizacji. Przedstawiciele sfederowanych komórek rejonowych mogliby spotykać się na dorocznych zjazdach, aby dzielić się wrażeniami i doświadczeniami oraz planować wspólne działania.

Aby jednak idea Alternatywnego Społeczeństwa się ziściła, potrzebna jest grupa ideowców, którzy najpierw sami spróbują zorganizować się na opisanych wyżej zasadach, a na dalszym etapie, za sprawą dawania dobrego przykładu i promocji, reszta społeczeństwa, która zda sobie sprawę z wszystkich plusów uczestnictwa w tejże federacji, również może być zainteresowana alternatywną, pozapaństwową formą organizacji społeczeństwa. Celem całego wysiłku tworzenia AS jest zastąpienie przymusowych struktur państwa dobrowolnymi stowarzyszeniami, zrzeszonymi w zdecentralizowanej organizacji. Proponując tę właśnie formę walki z państwem uznaję, że aby odejść od idei państwa, mieniącego się dla wielu jako wszechmogący dobroczyńca i opiekun, należy zaproponować jasną dlań alternatywę. Przeciwstawiając sobie przymus i dobrowolność oraz pokojowe działania, pokazać, że wolność sprawdza się w praktyce lepiej niż biurokracja.

                                               Pomoc socjalna
Jedną z "usług" ofiarowywanych wspaniałomyślnie przez państwo, mającą chyba największy  wpływ na jego społeczne poparcie, jest pomoc socjalna. Wielu ludzi byłoby skłonnych poprzeć wolny rynek i niskie (lub nawet zerowe) podatki, ale zaraz w ich głowach pojawia się wizja głodujących dzieci, żebrzących bezrobotnych i nie radzących sobie z życiem niepełnosprawnych.

Choć ten strach przed biedą jest całkiem zrozumiały i wynika z empatii, ludzie wyrażający powyższy pogląd nie zdają sobie sprawy z tego, jak ich bojaźń jest  wykorzystywana przez  rządy do powiększania swoich kompetencji, czyli zmniejszania przestrzeni wolności. Rzesze robotników protestują przed budynkami władzy domagając się korzystniejszego ustawodawstwa socjalnego, zasiłków i podwyżek. Myślą, że państwo jest ich sojusznikiem w walce o społeczną sprawiedliwość, tymczasem rządzący spełniają ich postulaty "na odczep" i mogą cieszyć się spokojem i większą włądzą. Do czasu wybuchu kolejengo kryzysu gospodarczego.

Aby uniezaleźnić ludzi od przymusowej pomocy, należy rozwijać wolontarystyczną działalność charytatywną. Po to, aby przestraszona perspektywą wszechobecnej nędzy w wypadku braku realizacji przez państwo "polityki społęcznej" społeczność,  mogła zauważyć, że nie tylko podatki i urzędy mogą być źródłem socjalnej protekcji. Tą inną opcją ma być oczywiście Alternatywna Społecznośc.

A konkretniej organizacje charytatywne w niej zrzeszone. AS powinien być bowiem nie tylko federacją jednostek terytorialnych, ale również związkiem specjalistycznych komórek odpowiedzialnych za inną formę działalności. W ten sposób również akcje charytatywne będą miały wyznaczony wąski zakres działań. Inni ludzie zajmować się będą pomocą sierotom, inni bezdomnym, a jeszcze inni niepełnosprawnym i starszym. Nie mam tu na myśli tylko pomocy pieniężnej, ale także np. pomocy w zrobieniu zakupów, załatwieniu formalności itp.

Jeśli pomoc prowadzona będzie stale i efektywnie (a jest to o tyle prawdopodobne, że środki będą rozdysponowane na konkretne cele), stanie się popularna i łatwo dostępna, zwykli ludzie, widząc aktualne działania i otrzymując obietnicę ich kontynuowania w razie (pożądanego) braku pomocy państwa, zrezygnują z ich przymusowych "usług".




Komentarze (2)
Wolność - równość - umiar
 Oceń wpis
   
Libertarianizm z reguły nie zajmuje się oceną dobrowolnych stosunków międzyludzkich, sprzeciwia się tylko przymusowi i postuluje zorganizowanie społeczeństwa na wolontarystycznych zasadach. Każdy wolnościowiec nosi jednak w sercu moralne prawa, którymi posługuje się w życiu codziennym i wierzy, że byłoby dobrze, gdyby wyznawali je także inni ludzie. 

Istnieją dwa rodzaje zasad etycznych - dotyczące stosunków międzyludzkich (przymusowe - złe, wolne - dobre) i wszystkich decyzji, czynów i słów w ramach przyrodzonej wolności. Libertarianizm jest ideą polityczną, ale, co często powtarzam, wynika z etyki, a dokładniej z pierwszego typu zasad etycznych wykluczających przymus. Moralność nie jest więc dla libertarian czymś obcym - w końcu swoje przekonania opierają na dość restrykcyjnych dla zwykłego człowieka regułach. Dla mnie wynika z tego oczywisty wniosek, że równie restrykcyjny kodeks moralny powinien obowiązywać w pokojowych działaniach każdego człowieka.

To może się wydać dziwne, ale moje osobiste przekonania w tej sferze również osadzają się na idei wolności. Jest tak mimo tego, iż uznaję samoograniczenie za najlepszy sposób na szczęście. Oznacza ono, że nie należy poddawać się pokusom i uzależnieniom -  aby duch i rozum wolne były od ciała. Nie jest to możliwe, gdy jesteśmy uzależnieni od np. alkoholu czy narkotyków, gdy poddajemy się emocjom (gniewu, złości, ale także nieuzasadnionej brawury). Wolnością nie jest więc dla mnie robienie wszystkiego tego, co dyktują mi emocje, ale co podpowiada mi umiar i rozsądek.

Mój kodeks wartości wynika poniekąd z wyznawanej przeze mnie - wciąż twierdzę, że zbyt mało gorliwie - religii chrześcijańskiej, którą pojmuję uniwersalistycznie. Zasady te - poniekąd stoickie, można uogólnić tak, aby mogły być wyznawane tak przez muzułmanina jak i ateistę. Wspomniałem o religii, więc trudno nie wyrazić mojego zdania na temat instytucji religijnych, w szczególności kościoła katolickiego. Choć mój stosunek do władz religijnych jest krytyczny ze względu na współpracę z władzami, wierzę, że kościół tworzą wyznawcy, a nie hierarchia. Opierając się na tej doktrynie uczęszczam do rzymsko-katolickiego kościoła, staram sie odprawiać wszystkie obrzędy, a w przyszłości chciałbym działać na rzecz powstania jednego, zdecentralizowanego chrześcijańskiego kościoła. Widzę także możliwość ogromnego wpływu związków wyznaniowych na ewentualne wolnościowe społeczeństwo - kościoły mogłyby przejąć wiele z funkcji dzisiejszych państw, w szczególności tych związanych z pomocą socjalną, opieką nad chorymi itp.

Jeśli zaś idzie o zasady współpracy w dobrowolnym społeczeństwie, to powinny one opierać się na trzech regułach: indywidualizmie, równości i kooperacji. należy oczywiście podkreślić, że jest to jedynie moja wizja, a nie ściśle obowiązujący dogmat. Indywidualizm oznacza, że najważniejsza jest jednostka, jej potrzeby i swobody i w ten sposób należy postrzegać i rozwiązywać wszelkie problemy. Nie do przyjęcia jest stosowanie odpowiedzialności zbiorowej, zaliczanie przez "autorytety" naukowe do grup i podgrup społecznych, uogólnianie itd.

Mimo uznania wyższości pojedynczego człowieka nad bezosobowym tłumem, związki międzyludzkie powinny się  rozwijać, a nie zanikać. Oprócz własnego interesu  powinniśmy  interesować się także interesem i sprawami naszych sąsiadów, okolicy, miejsca pracy czy stowarzyszenia, do którego należymy. Współpraca między towarzystwami, firmami i jednostkami dająca obopólną korzyść winna być czymś zupełnie intuicyjnym i powinna zapewniać ludziom wszelkie potrzeby. Aby jednak współpraca, kooperacja mogła się rozwijać, nikt i nic nie może tłumic inicjatywy jednostek - a więc indywidualizmu.

Równość uważam natomiast za najbardziej humanistyczną zasadę wspomnianej wyżej współpracy. W egalitarnych związkach, przedsiębiorstwach, gdzie każdy może znaleźć szacunek i oparcie u innych atmosfera współpracy jest lepsza, a lojalność wobec lubianych współpracowników powoduje lepszą efektywność i wzmaga kreatywność. Znajdą się pewnie tacy, którzy wybiorą silne przywództwo, ale przecież w libertariańskim świecie nikt im tego nie zabroni. Mnie osobiście jednak zupełnie obca jest konserwatywna wiara w wielkość elit, które są predysponowane do zajmowania wyższych miejsc w hierarchii. Gdy tak się dzieje, zawsze występuje możliwość ogłupiania reszty ludzi stojącej niżej. Równość to także tolerancja dla mniejszości i odmiennych postaw. Przez tolerancję rozumiem głównie szacunek, a nie akceptację, bo np. aktywność homoseksualną uważam za grzech. Oprócz tego każdy wolnościowiec powinien walczyć o równy status płci, które, choć odmienne, mają prawo do bycia traktowanymi równo w rodzinie, związku uczuciowym, pracy czy   przekazie medialnym. I choć każdy ma prawo dyskryminować kogo chce i uznawać innych za gorszych od siebie, to jednak  - chyba sami przyznacie -  dużo przyjemniej żyje się wśród osób pełnych szacunku i zrozumienia niż wśród homofobów i mizoginów.

Przedstawione wartości:  etyczne, społeczne i kulturowe , sprawiają , że żyje sie po prostu  łatwiej i szczęśliwiej. I choć możemy je kultywować już dziś, wzrostu popularności i znaczenia mogłyby nabrać tylko w warunkach pełnej wolności. Wolność jest bowiem tylko przestrzenią, a dopiero w jej ramach realizują się wartości, idee i działania.

Jeremi Libera

16 grudnia 2007r.
Komentarze (0)
Wystarczą dobre chęci...
 Oceń wpis
   
Chyba nadszedł czas na małą rewizję działań i celów libertarian. Wszystkie dotychczasowe akcje składają się bowiem na aktywność internetową  i nic poza tym. O celach nie ma co wspominać, bo ich po prostu nie ma! Oprócz wyjątkowo ogólnikowych stwierdzeń typu: "dążymy do wolnego społeczeństwa" nie istnieje żaden konkretny plan. Może warto więc taki plan chociaż pobieżnie nakreślić?

Jesteśmy w bardzo nieciekawej sytuacji. Nie mówię o Stanach Zjednoczonych, bo tam o wolnościowcach słyszał chyba każdy (przynajmniej wykształcony) człowiek, ale o Polsce. Tutaj, oprócz najbardziej zainteresowanych polityką i samych libertarian nikt o tej idei  nie słyszał. A wiecie, co jest najbardziej wkurzające? Że jak na ulicę wyjdzie dziesięcioosobowa grupka komunistów walczyć o "socjalne państwo", to każda telewizja zrobi o nich ze trzy reportaże i dziesięć wywiadów z nimi, a po kilku dniach wie o nich pół Polski. Argh!

Z czego to wynika? Ludzie potrzebują odrobiny politycznej sensacji i egzotyki. Nie jestem pewien, może to tylko moje przeczucie, ale nudzi ich mainstream, który oglądają na co dzień w telewizji. Teraz sobie wyobraźcie, jak wielką dawkę egzotyki moglibyśmy zaaplikować temu zobojętniałemu społeczeństwu!  

Wystarczy tylko niewielki wysiłek, by założyć własną organizację. Wystarczy zaznaczyć swoją egzystencję, by móc liczyć na zainteresowanie. Myślę, że wielu ludzi czeka na alternatywę, którą my jesteśmy. Wielu Polakówi nie zdaje sobie sprawy, że istnieje coś tak fajnego, jak libertarianizm!

Co taka organizacja mogłaby robić? Bardzo dużo: rozwieszać plakaty, chadzać na manifestacje, organizować pikiety, hepeningi i wiele, wiele więcej. Ważny jest jeszcze sam sposób organizacji. Myślę, że powinien on być jak najbardziej egalitarny, bo tylko taki jest zgodny z naturą wolnościowców. Jeśli mamy promować brak władzy, to zacznijmy od siebie!

Czas na pewnie najbardziej kontrowersyjną część mojego planu - propozycje sojuszników. Jako że za warunek istnienia libertarianizmu w życiu publicznym uważam wyeksponowanie jego najbardziej prospołecznych cech, sądzę, że powinno się znaleźć miejsce dla anarchoindywidualistów i najbardziej decentralistycznych lewicowców, których cele mogłyby pokrywać się z naszymi. Oprócz tego liberałowie, którzy nie boją się zdjąć garniturów...

Dlaczego wspomniałem o garniturach? Bo chciałbym, aby nasza wspólnota organizowana była na zasadzie ruchów studenckich, bez oficjalnego zadęcia, z dużym dystansem a nawet poczuciem humoru, tak charakterystycznym dla Provosów czy Pomarańczowej Alternatywy.

Teraz najważniejsze: cele. Myślę, że oprócz typowo wolnorynkowych postulatów (walka z podatkami, przymusowymi ubezpieczeniami, regulacjami rynku) warto także prowadzić działalność antywojenną (w końcu od zarania jesteśmy antywojenni), oraz promującą wolność i opozycję w krajach najbardziej zniewolonych, jak Białoruś czy Rosja. W programie powinna także znaleźć się  zainteresowanie problemami kobiet i m.in. imigrantów. Pewnym innowacyjnym pomysłem może być domaganie się decentralizacji władzy, o czym postaram sie napisać w najbliższym czasie.

To wszystko. Tylko tyle i aż tyle. Teraz - do roboty!

Jeremi Libera








Komentarze (0)
Jak złapać złodzieja cukierków
 Oceń wpis
   

Promowanie idei wolnościowej jest podwójnie trudne. Głównie dlatego, że składa się z dwoch równie wymagających etapów.

Gdy zauważymy kogoś zwiewającego ze sklepu z ukradzioną torbą cukierków, będziemy się pewnie starali zwrócić na ten fakt uwagę ludzi będących w pobliżu. Gdy już nam uwierzą, co nie jest wcale takie oczywiste, będziemy chcieli przekonać te same osoby do zatrzymania złodzieja, a z tym może być jeszcze większy problem.

Zupełnie podobnie jest z przekonywaniem ludzi do wolności, które przecież również jest zwracaniem uwagi ludzi na zło, niesprawiedliwość, kradzież. I w tym wypadku również musimy przekonać ludzi nie tylko do faktu, ale także do działania przeciwko zorganizowanemu państwowemu przymusowi - do złapania złodzieja cukierków.

Kogo najlepiej bałamucić? Najlepiej wszystkich, którzy się nawiną, ale są przecież grupy ze względu na swoją specyfikę najbardziej na działanie idei wolności podatne. Są to przede wszystkim ludzie młodzi, licealiści, studenci, młodzi pracownicy naukowi. Ich należy potraktować jako przyszłą libertariańską elitę, kiedyś nauczycieli, którzy edukować będą mniej wykształcone i politycznie świadome grupy ludzi. Ludzi, którzy w głębi serca kochają wolność, ale oprócz tego chcieliby mieć co włożyć do garnka.

Jeśli więc chcemy do wolnego rynku i dobrowolnego społeczeństwa przekonać rzesze prostych ludzi, którzy tylko czekają na alternatywę, musimy pokazać jak najbardziej prospołeczną twarz libertarianizmu. Pokazać, że na wolnym rynku, tym prawdziwym, nie jego monetarystycznej podróbce, to człowiek ciężko pracujący, biedny i wyzyskiwany korzysta najbardziej. I to wcale nie kosztem dzisiejszej klasy średniej, bo leseferyzm promuje równość, jest ona jego “pożądanym efektem ubocznym”.

A wydaje się czasem, że ludzie uważający się za wolnościowców nie starają się tego zauważać, skazując się na agitatorską porażkę już w przedbiegach. Zamiast rozmawiać i uświadamiać ludzi, którym się w życiu mniej poszczęściło, obrażają ich, wyzywają od nierobów, którzy tylko zatruwają atmosferę sukcesu i biznesu. Dzięki tej intelektualnej manierze nie powinny dziwić zwycięstwa najbardziej etatystycznych partii.

Wiem, trzeba wiele pracy, aby coś zmienić, przede wszystkim w mentalności, ale mocno wierzę w poprawę. Wierzę także, iż ta zmiana w podejściu spowoduje wiele innych, przede wszystkim poszerzenie kręgów potencjalnych zwolenników i współpracę pomiędza różnymi odlamami myśli wolnościowej, która jest tak bardzo potrzebna. A wtedy, gdy tak wielu uwierzy, dogonimy wreszcie złodzieja cukierków.

Jeremi Libera___________

Tekst jest głosem w dyskusji „Propaganda wolnościowa: Jak pociągnąć za sobą masy” zaproponowanej przez portal Liberalis.

Komentarze (2)
Oligarchia
 Oceń wpis
   
V kadencja sejmu szczęśliwie się zakończyła. Ale nie ma się czym cieszyć, już niedługo zaczyna się kadencja numer VI.

A ja pod sam koniec zauważyłem pewne pozytywy w partii rządzącej i premierze Kaczyńskim. Zupełnie takie same, jakie zauważyłem ostatnio u Karola Marksa.

Zarówno Jarosław jak i Karol charakteryzują się tym, że mają słuszne obserwacje, ale wyciągają zupełnie niesłuszne wnioski. U Marksa błąd dotyczył sposobu walki z wyzyskiem, którym miała być nacjonalizacja, a u Kaczyńskiego sposobu walki z oligarchią, którym ma być poszerzenie kompetencji państwa.

Pan premier zarzuca postkomunistycznej III RP, iż nie pomagając słabym, tworzyła jednocześnie przywileje dla najpotężniejszych. Całkowicie się z tym zgadzam. Tylko że proponując rozwój administracji jako narzędzie walki z kapitalistami, premier nie zdaje sobie sprawy z reguł działania państwa i choć zauważa genezę zjawiska akumulacji kapitału w rękach nielicznych we współpracy ekonomicznej z rządem, to boi się najprostszego z każdego względu rozwiązania - oderwania władzy od wszelkiej współpracy z przedsiębiorcami, choćby ta współpraca miała skutkować zanikiem bezrobocia czy czymś równie dobrym. Boi się, albowiem nikt nie chcę się pozbywać władzy a i społeczeństwo nie rozumie, że pasywność w jej użytkowaniu jest wszystkim na rękę.

Ale jak ze sprawą oligarchii poradziłaby sobie Platforma Obywatelska? Nie poradziłaby sobie, bo dla nich miliarderzy  to nic nadzwyczajnego, skutek rynku, nic więcej, a nazywanie tego problemem jest "nagonką na bogatych". Przyszły rząd PO, o ile kiedykolwiek powstanie, na pewno nie zrobi nic, by odciąć najbogatszych od pomocy państwa i na pewno zrobi wszystko, by bronić ich przed nagonką.

Bo czym się różni liberalizm klasyczny od neoliberalizmu? W tym pierwszym państwo jest tylko nocnym stróżem, a w drugim przekupnym nocnym stróżem uzbrojonym w pałkę.

Jeremi Libera
Komentarze (7)
Żyć wolnym albo umrzeć? Chyba jednak lepiej żyć. Tylko jak?
 Oceń wpis
   
Czas najwyższy wziąć się do roboty. Długo mnie nie było i dałem się przeskoczyć w statystykach blogowi Jerzego Hausnera. Co za wstyd! Wasze stany psychiczne też pewnie ucierpiały.

Zacznę od kwestii praktycznej. Pytanie na dziś brzmi: jak żyć?

Tak, wiem, być miłym dla sąsiadów, chodzić na spacery i oglądać mało telewizji. Nie o to mi jednak chodzi. Pytania nie stawiam w odniesieniu do całego społeczeństwa, a do tej nielicznej mniejszości, która bardzo lubi wolność i na sam dźwięk słowa "przymus" dostaje drgawek połączonych z gęsią skórką. Jak bowiem wytrzymać na świecie, w którym przymus jest używany częściej od rozumu i stawia się znak równości między wolnością a zepsuciem, wyzyskiem, samowolą i szatanem?

Odpowiedź numer jeden: nie dać po sobie poznać załamania nerwowego. Nie ma nic gorszego niż zły nastrój i popadnięcie w apatię. Ale jak to zrobić? To proste, należy przybrać taką postawę, która przymus, w szczególności ten państwowy (bo z nim można w ten sposób walczyć najłatwiej), pozwoli ignorować.

I tu chciałbym zadać pytanie pomocnicze: czy państwo istnieje?

Pytanie na pozór absurdalne - bo niby kto zabiera nam tyle kasy i zamyka w więzieniach np. za posiadanie niektórych nielegalnych roślin? No państwo, nie ulega przez to żadnym wątpliwościom jego istnienie. Ale czy jest ono jakimś wielkim, groźnym, wielogłowym potworem wielkości Opery w Sydney? Nie, na państwo składają się ludzie - ci, którzy tworzą jego administrację i ci, którzy tej administracji się podporządkowują.

To, że się podporządkowują, to pół biedy. Gorzej, gdy istnienie państwa uważają za naturalne, a niekiedy nawet metafizycznie uzasadnione. Jeszcze gorzej, gdy tegoż państwa używa się, aby uzyskać własne korzyści lub przeszkodzić innym w spokojnym życiu np. informując urząd skarbowy o "nielegalnych dochodach". Do tego wszystkiego może prowadzić fakt wiary w istnienie państwa.

No bo gdyby nagle wszyscy "współtwórcy" państwa przestali w nie wierzyć i uznali za pasożyta będącego czymś pomiędzy stonką ziemniaczaną a organizacją przestępczą, czy nadal by ono istniało. A czy istniałaby np. firma Sony, gdyby jej pracownicy i klienci uznali ją za niebyłą i ignorowali wszelkie jej działania?

Nie wymagam od wszystkich jakichś daleko posuniętych działań rewolucyjnych, nic z tych rzeczy. Namawiam tylko do zmiany stylu życia. Do przestania traktowania państwa jako pół - bóstwo, którego nie tyczą się zasady matematyki, ekonomii i socjologii (a tak trzeba uznać, aby przewidzieć sukces jakiegokolwiek programu rządowego). Jeśli swoją postawą i świadomością nie możemy zmienić świata, to chociaż poprawmy sobie humor.

Jeremi Libera
Komentarze (0)
Geremek czyta Thoreau - czym powinno być dla nas prawo?
 Oceń wpis
   
Wydarzenia ostatnich dni zmuszają do refleksji nad istotą prawa. Czy jest ono prawdą objawioną, której trzeba przestrzegać bez względu na naszą opinię o poziomie praktyczności i moralności danego przepisu, czy może w pewnych sytuacjach nasz opór wobec stosowania ustaw może być usprawiedliwiony  przekonaniami czy sumieniem? A także, patrząc z trochę innej strony: czy czyny popełnione zgodnie z prawem, które jest, powiedzmy, etycznie kontrowersyjne, muszą być uznane za legalne i moralne w innym systemie prawnym?

Do zastanowienia na pewno skłania przypadek prof. Bronisława Geremka, który postanowił nie stosować się do ustawy lustracyjnej (która w momencie pisania tych słów jest warta funta kłaków) i nie składać po raz czwarty oświadczenia lustracyjnego. Oczywiście komentatorzy podzielili się na tych, którzy bronili prawa pana profesora do tego rodzaju obywatelskiego nieposłuszeństwa oraz tych, którzy uznali go za wichrzyciela nie mającego żadnego szacunku do państwa (do czego to dochodzi!), stwierdzając jednocześnie, że prawo powinno być jednakowe dla wszystkich i zawsze należy się do niego stosować.

To dziwne, ale wydaje mi się, iż część krytyków z drugiej grupy mógłbym obrzucić ich własnymi epitetami, w pewnej części byli oni bowiem opozycyjni wobec państwa w czasach poprzedniego ustroju. Mało tego! Łamali prawo przenosząc antypaństwowe ulotki, brali udział w nielegalnych demonstracjach i pisali do zakazanych gazet! Zgroza!

Przykład scharakteryzowanych powyżej publicystów pokazuje, jak bardzo niekonsekwentni potrafią być ludzie w zależności od swojej pozycji. Gdy komunizm upadł i wprowadzono demokrację (czyli osiągnięty został cel), ludzie ci, uważając "demokratyczne państwo prawne" i jego ustawy za świętość i (zdobyty) cel sam w sobie, będą go bronić do ostatniej kropli tuszu w drukarni.

Dla mnie, wolnościowca, nie ma żadnego znaczenia czy zło popełnia jednostka, państwo o ustroju faszystowskim, komunistycznym czy demokratycznym. Jeśli prawo jest niesprawiedliwe, można się do niego nie stosować, a czyn taki uznany być powinien za godny pochwały. Inna sprawa, w jakich warunkach strategia ta sprawdza się w bezpośredniej konfrontacji z aparatem przymusu. Tak czy owak, zgodnie z etyką wolnościową europoseł Geremek zrobił coś dobrego. Inna sprawa, w jakim zrobił to celu, a była to raczej chęć zdenerwowania obecnie rządzących a nie krzyżowania szyków rządowi w ogóle.

Podobny problem, ale jak wcześniej wspomniałem, odnoszący się do zupełnie innej sytuacji dotyczy oceny działania niektórych agentów Urzędu i Służby Bezpieczeństwa. Niektórzy "niezależni prawni eksperci", traf chce, że najczęściej członkowie SLD, uważają działania esbeków mieszczące się w ramach ówczesnych norm prawnych za jednoznacznie legalne w świetle dzisiejszego prawa.

To chyba kiepski argument, bo zakładający, że prawo stanowione jest zawsze pozytywne i właściwe, bez względu na czyjąś ocenę etyczną. Czy ktoś przy zdrowych zmysłach uznałby zasady III Rzeszy za majace prawo obowiązywać? Dlaczego podobnie nie możemy ocenić ustaw i kodeksów z PRL? Czy w swojej miłości do prawa stanowionego niektórzy nie zapędzają się za daleko i czy nie zapomniamy o tym, że każdy ma swój kodeks w głowie - własne sumienie?

Prawdopodobnie nie miałbym tematu do tego tekstu, gdyby nie pogarda dla pewnych oczywistych norm moralnych, czyli ochrony życia, wolności i własności przy jednoczesnej fetyszyzacji norm ustalanych przez państwo. Nie byłoby tego problemu, gdybyśmy więcej używali swojego sumienia, a wszelkich innych praw używali podobnie do kodeksu piratów - jako luźnych zaleceń i wskazówek.

Jeremi Libera

P.S. Ogromna prośba do wszystkich czytelników. Prosiłbym o wymienienie waszym zdaniem najbardziej niepotrzebnych, głupich i obrzydliwych rzeczy, które robi państwo. Możecie zrobić to w komentarzach lub wysłać mail na chris10@o2.pl. Pomoże mi to bardzo w pracy, którą chciałbym niedługo wykonać. Z góry wszystkim dziękuję!

Komentarze (9)
Broń palna? Oto prawdziwe zagrożenia!
 Oceń wpis
   
Jakiś czas temu całym światem wstrząsneły wydarzenia z uczelni Virginia Tech, gdzie student - szaleniec zastrzelił 31 osób. Rozgorzała dyskusja na temat zła, jakim jest broń palna. Jednak w tym emocjonalnym czasie większość zapomniała o innych, często dużo bardziej skutecznych i śmiercionośnych narzędziach. Ot, ledwo tydzień temu miejsce miała sytuacja, w której 17 - latek w trakcie bójki ugodził śmiertelnie nożem 15 - latka. Może czas wreszcie zastanowić się, co zrobić, aby tak niebezpieczne przedmioty nie wpadały w niepowołane ręcę, szczególnie rączki dzieci?

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że ludzie nie są dziś zbyt odpowiedzialni. Dochodzi do wielu wypadków, większość nie przestrzega podstawowych zasad biezpieczeństwa i higieny życia. Nóż powierzony 95 procentom ludzi jest jak śmiertelna pułapka. Często zdarzają się przypadki skaleczenia w palca, ucięcia go, albo nawet i całej dłoni. Oprócz tego wbicie noża w brzuch jest częstą formą samobójstwa. Wszyscy wiemy, czasem z własnego doświadczenia, jak powszechne są napady z bronią białą, często zakończone poważnym uszczerbkiem na zdrowiu lub nawet utratą życia. Być może ograniczony dostęp do tego typu niebezpiecznych elementów metalowych, wprowadzenie specjalnych pozwoleń na nóż podpisywanych przez komendanta policji, albo nawet prezydenta lub burmistrza, mogłaby zapobiec niebezpiecznym wypadkom oraz poprawić bezpieczeństwo na naszych ulicach. Nielegalne posiadanie noża powinno grozić nawet kilkuletnią odsiadką, bo narażanie swoich bliskich i sąsiadów na niebezpieczeństwo to przestępstwo największego kalibru. Z bronią nie ma żartów!

Już słyszę nadchodzące pytania przesiąkniętych ignorancją przeciwników moich propozycji: "A czym będziemy smarować chleb masłem?" Otóż uważam, że smarowanie chleba nie powinno być domeną indywidualnych obywateli. To zbyt poważna i niebezpieczna czynność, aby mogły się nią zajmować osoby prywatne. Czas zmonopolizować smarowanie chleba i powołać Policję Maślaną, które zatroszczy się o bezpieczeństwo przygotowania posiłku w waszych domach. Korzystanie z usług PM powinno być oczywiście przymusowe i finansowane z podatków. Bezpieczeństwo musi nas kosztować pewne niedogodności!

Sprawa noża jest najbardziej paląca, ale warto również zastanowić się nad statusem prawnym widelca, szpikulca do lodu, łomu, łopaty, grabi, siekiery, piły, piły motorowej, kijów drewnianych (kontrole w tartakach i licencjonowanie desek powinno być europejską normą!). Urządzeniem które powoduje najwięcej ofiar śmiertelnych pozostaje jednak auto, na które już, co prawda, dawno wprowadzone zostały pozwolenia. Potrzebujemy chyba bardziej radykalnych środków. Całkowity zakaz korzystania z "urządzeń mechanicznych drogowych" powinien być dobrym rozwiązaniem zaistniałej sytuacji. I głosu bezpieczeństwa nie zakrzyczą lobbyści firm przewozowych, właściciele przydrożnych knajp, kierowcy, którzy wykazaliby się ogromną butą i bezczelnością, bo to oni wciąż jeżdżą po pijanemu z ogromną prędkością zabijając miliony ludzi a nawet nie zapinają pasów. Nie możemy nadal ryzykować życia tylu jednostek ludzkich, które przecież mogłyby jeszcze zrobić na tym świecie wiele dobrego (oczywiście wcześniej otrzymując odpowiednie pozwolenia i odprowadzając wszystkie podatki).

Dziś ilość morderstw, wypadków i zagrożeń jest większa niż kiedykolwiek. To niestety wymusza na Rządzie rezygnację z wielu obywatelskich przywilejów i wolności. Wolność może miała duże znaczenie w czasach rewolucji, ale dziś, na początku XXI wieku, w obliczu niebezpieczeństwa czyhającego za każdym rogiem, największą wartość zyskało Bezpieczeństwo. Pamiętajmy, że jest ono matką wolności i bez zapewnienia Bezpieczeństwa przez wasz Rząd, który w tych niebezpiecznych czasach jest niedocenionym, uniżonym sługą, nie otrzymalibyście wielkiego daru czynienia wszystkiego tego, co chcecie robić.

Jeremi Libera
Komentarze (5)
Kolejna część serialu z Foltynem
 Oceń wpis
   
Dyskusja z Łukaszem Foltynem się rozkręca. Tym razem zapraszam do przeczytania mojej polemiki z tym panem na www.mlodarp.net/tekst/id/102

Jeremi Libera
Komentarze (0)
Polemika z panem Łukaszem Foltynem
 Oceń wpis
   
Na serwisie MłodaRP pojawił się tekst mojego autorstwa stanowiący polemikę z deklaracją ideową twórcy Gadu - Gadu i założyciela Partii Socjaldemokratycznej. Mam nadzieję, że wywiąże się z tego ciekawa debata. Sedecznie zapraszam do letury.

Jeremi Libera
Komentarze (0)
1 | 2 | 3 |
Najnowsze komentarze
2009-03-21 21:12
Margaret Thatcher:
Kto nie lubi libertarianizmu, chociaż nie wie, czym on jest?
+++ http://BrugesGroup.com +++ Grupa Brugii (The Bruges Group) jest neoliberalnym,[...]
2008-08-05 16:10
1111122222:
Dlaczego potrzebujemy Alternatywnej Społeczności...
;) a jak rozwiązać kwestię prawa w tej społecznosci?
2008-06-09 23:15
Timur:
Giertych, czyli państwo jest martwe
Zgadzam się w całej rozciągłości. Mundurki to g... zwłąszcza te giertychowskie. Jako[...]
O mnie
Jeremi Libera
Jestem w miarę młodym człowiekiem. Nie lubię państwa, rządu i władzy. Lubię wolność, absurd, groteskę i dadaizm w każdej dziedzinie życia. e-mail: chris10@o2.pl GG: 5295897